Każda droga ma gdzieś swój początek ...


Trochę historii ...

Jedne z pierwszych wspomnień, jakie pamiętam z wczesnego dzieciństwa, to obraz mojej kochanej babci przynoszącej mi - malutkiej wtedy dziewczynce - małe, wiejskie kocięta. Pokochałam małego, rudego kocurka. Pamiętam, że jego mama nazywała się Elza. Miałam  może 4 latka. Dzieciństwo i młodość upływały mi na styku z obecnością kotów. Mój tato, może tylko trochę mniejszy niż ja miłośnik kotów, odkąd pamiętam po dziś dzień zawsze dokarmiał biedne, wygłodzone koty - to na działce, to u dziadków na wsi. A one dreptały przy nim, gdy tylko się pojawiał. Marzyłam jednak o kocie, który żyłby ze mną pod jednym dachem. Postanowiłam więc spełnić swoje marzenie. Pierwszego kota, przyniosłam do domu pod  koniec szkoły średniej. Nie pamiętam dziś czy zapytałam rodziców o zdanie :). Kleopatra - bo takie otrzymała imię- była małą szylkretową kuleczką, którą dostałam od babci mojej przyjaciółki. Mały, wiejski tygrysek nie był specjalnie zsocjlizowany. Kleopatra potrafiła wszystkim przychlasnąć łapką (o obcięciu pazurków oczywiście można było tylko pomarzyć ...), nasikać gdzie nie trzeba i warczała jak pies. Kiedy rozpoczęłam studia i wyprowadziłam się z domu Kleopatra została z rodzicami. Stała się pupilkiem taty, który całe jej życie starał się zdobywać jej miłość. Karmił ją, sprzątał kuwety ... A ona i tak wolała moją mamę i to u niej na kolanach przesiadywała. Przygoda z Norwegami rozpoczęła się w dniu kiedy p. Beata podarowała nam Melvinka. Kocurka, który podbił serce moje i męża. Sprawił, że pokochaliśmy oboje koty norweskie leśne. Bo jak można ich nie kochać ???

   

 A więc każda droga, ma gdzieś swój początek ...